Teksty

Weronika Parfianowicz-Vertun

„Dom to dość mała jednostka miar, usytuowana gdzieś pośrodku między wielkimi przestrzeniami: ulicą, dzielnicą, miastem […] a mniejszymi jednostkami: mieszkaniem, pokojem, wnętrzem […]. Jest to z pewnością najwęższy, najtrwalszy, najściślejszy, ze wszystkich kręgów życiowych, które nas otaczają. Większość najsilniej poruszających nas dramatów […] ma miejsce nie w przestrzeni publicznej […], ale w świecie zamkniętym w czterech ścianach[1].”

Karl Schlögel

W aktach hipotecznych, urzędowych notatkach, spisach ludności możemy znaleźć garść rozproszonych wiadomości o przedwojennych losach kamienicy przy ulicy Grodzkiej 5 w Lublinie. Z „Księgi Adresowej” na rok 1928 dowiadujemy się, że pod tym adresem niejaki Hernhut Mojżesz prowadził sklep z przyborami i dodatkami krawieckimi. W roku 1936 działała tam piekarnia i herbaciarnia. W karcie realności utworzonej w styczniu 1941 roku widnieją następujące zakłady: sklep piekarniczy, zakład „szewcki” i piwiarnia. Kamienicę zamieszkiwało wtedy 89 osób: 83 Żydów i 6 chrześcijan, 32 kobiety i 29 mężczyzn oraz 28 dzieci. Z dokumentów Inspektoratu Budowlanego dowiadujemy się, że w kamienicy znajdowało się 15 mieszkań, a większość z nich miała tylko jedną izbę. Możemy sobie wyobrazić, że było w nich raczej tłoczno. Z rozproszonych dokumentów wynika też, że w grudniu 1936 roku przedstawiciele Wydziału Budownictwa przeprowadzili w kamienicy inspekcję i odnotowali następujące usterki: uszkodzone rynny i rury spustowe, zniszczony mur ogniowy, zgniłe deski okapu i belki balkonowe wraz z pomostami oraz niektóre belki więźby dachowej. Zniszczenia były na tyle poważne, że komisja wydała zarządzenie wykonania robót budowlanych mających na celu „usunięcie uchybień”. Z urywków urzędowej korespondencji dowiadujemy się, że właściciel odwoływał się od decyzji urzędników, a 2 maja 1939 roku sporządzono protokół oględzin kamienicy[2].

Wydarzenia następnych miesięcy przerwały ciągłość biurokratycznych procedur i rutynę codziennego życia kamienicy. We wrześniu 1939 r. Niemcy zbombardowali Lublin, w marcu 1941 r. utworzono getto, które objęło część Starego Miasta, Podzamcze i Kalinowszczyznę. Ulica Grodzka stanowiła jedną z jego granic: budynki o nieparzystych numerach zostały włączone do getta. W tym samym roku rozpoczęto akcję przymusowego wysiedlania mieszkających w Lublinie Żydów. Zakończyła się ona likwidacją getta wiosną 1942 roku. Większość lubelskich Żydów zginęła w obozie zagłady w Bełżcu. Zamieszkiwane przez nich dzielnice zostały niemal zrównane z ziemią. Żydowskie Miasto wrośnięte w przestrzeń Lublina – a zarazem posiadające własny, odrębny i wyrazisty charakter – przestało istnieć.

Zabudowa Starego Miasta ocalała. Kamienica przy ulicy Grodzkiej 5 jest jednym ze śladów ciągłości w mieście, które doświadczyło dramatycznego zerwania. Powojenne losy kamienicy wiążą ją z licznymi instytucjami artystycznymi i kulturalnymi, które znajdywały siedzibę w tym budynku. Działały tam (lub nadal działają) m.in. biura i galeria Ośrodka Praktyk Teatralnych „Gardzienice”, redakcja kwartalnika „Akcent”, biura oddziałów Stowarzyszenia Architektów Polskich (SARP) i Związku Polskich Artystów Plastyków (ZPAP), Muzeum Apteka Cefarm a także restauracja Złoty Osioł. Kamienica – znajdująca się o krok od określanej przez Władysława Panasa lubelską axis mundi Bramy Grodzkiej – stanowi dziś ważny punkt na kulturalnej mapie Lublina.

Kamienica

Tekst ten nie będzie rekonstrukcją historii kamienicy, ale próbą postawienia pytań, zakreślenia badawczych wyzwań i możliwości wiążących się z tą przestrzenią. Miejska kamienica – ze swoją wielofunkcyjnością, z lokalami usługowymi na dole i mieszkaniami na górze, z proksemiką odbijającą różne społeczne i ekonomiczne hierarchie, z architekturą odzwierciedlającą zmienne mody i tendencje, z zapisanymi w jej wnętrzu zawikłanymi losami wielu pokoleń – stanowi interesujący obiekt nie tylko dla naukowców i artystów, ale dla każdego, komu nieobca jest podszyta dziecięcą ciekawością i odrobinąvoyeuryzmu przyjemność zaglądania wieczorami do podświetlonych wnętrz cudzych mieszkań.

Twórcy od dawna eksplorują potencjał fabularny tkwiący w zogniskowaniu soczewki na jednym budynku, chcąc zaspokoić  wrodzoną nam ciekawość tego, „jak żyją ludzie”. Wielkie powieści XIX wieku były do pewnego stopnia przewodnikami po wnętrzach mieszkań i domów szczegółowo opisującymi ich wystrój i atmosferę, co obrazowało status mieszkańców. Nie brak też przykładów z innych dziedzin. Kamienicę przy ulicy Złotej upamiętnia kultowy serial „Dom”, a losy budynku przy ulicy Dobrej na Powiślu są nierozerwalnie związane z radiowym słuchowiskiem o rodzinie Matysiaków. Literatura młodzieżowa podtrzymuje z kolei legendę kamienicy przy ulicy Roosevelta 5 w Poznaniu, w której mieszka rodzina Borejków – bohaterowie słynnej „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz.

Wiele osób, których dzieciństwo przypadło na lata 90., pamięta zapewne kultową serię „Świat wczoraj i dziś” wydawaną w charakterystycznych, kolorowych obwolutach. Między książkami o życiu zwierząt, kosmosie, cudach świata ukazała się również pozycja pod bezpretensjonalnym tytułem „Jak żyli ludzie”. Można się było z niej dowiedzieć, jak wyglądało życie codzienne w zamierzchłych epokach i odległych cywilizacjach. Ogromną jej zaletą były liczne szczegółowe ilustrację, spośród których szczególną fascynację budziły przekroje domów – pałaców starożytnej Grecji, chat wikingów, domostw osadników. Obraz rzeczywistości w nich zawarty nie sprostałby prawdopodobnie krytycznemu spojrzeniu historyka czy archeologa. Urok tych ilustracji nie polegał jednak na mimetyzmie, ale na tym, że umożliwiały to, czego odmawia nam codzienna percepcja, czyli widzenie codziennego życia w jego jednoczesności.

Z tej pierwotnej ciekawości dowiedzenia się „jak żyją ludzie” i z potrzeby przekroczenia percepcyjnych ograniczeń rodzi się postawa badawcza – określana przez Karla Schlögla jako „widzenie kilku rzeczy równocześnie” – która jest warunkiem koniecznym antropologicznej refleksji nad miejscem. Widziana z tej perspektywy pojedyncza kamienica stanowić może doskonałe case study, umożliwia bowiem uchwycenie fenomenu „równoczesności życia”: współistnienia i przenikania się różnych warstw czasowych, porządków ekonomicznych, stylów życia wielu pokoleń. W XX wieku jedną z najbardziej spektakularnych realizacji tego łączącego perspektywę diachroniczną z synchroniczną podejścia było dzieło Georges’a Pereca „Życie – instrukcja obsługi”.

Utrata pamięci

Losy kamienicy przy ulicy Grodzkiej 5 mogą wskazać liczne problemy związane z badaniem tego rodzaju miejsca, użyciem narzędzi pozwalających najbardziej szczegółowo zrekonstruować jego wielowarstwową pamięć, czy raczej liczne pamięci i narracje, które się w nim krzyżują. Skłaniają do postawienia pytania: jak badać to, co ma charakter niedyskursywny, co istnieje w przestrzeni, a co za Schlögelem moglibyśmy nazwać „pamięcią miejsca”? W sposób nieunikniony prowokują też do namysłu nad tym, jak daleko możemy się posunąć, szukając odpowiedzi na pytanie, jak żyją bądź żyli ludzie. W którym momencie powinniśmy powstrzymać się przed zaglądaniem przez dziurkę od klucza i szpary między zasłonami do pomieszczeń przeszłości?

Samo usytuowanie kamienicy – nieopodal Bramy Grodzkiej symbolicznie łączącej „Górne Miasto Chrześcijańskie z Dolnym Miastem Żydowskim”, przy ulicy, na której „zaczynał się nasz Lublin” we wspomnieniach ocalałego z Zagłady Josefa Achtmana[3] – wskazuje na symboliczny charakter tego miejsca. Podzamcze, żydowska dzielnica rozpościerająca się po drugiej stronie bramy, zostało zrównane z ziemią. O problemach z upamiętnieniem tego rodzaju obszarów mówił Marek Stasiak:

Nie ma prostej recepty, jak zaznaczyć w przestrzeni fakt istnienia czegoś, czego na dobrą sprawę prawie nie ma. Ciągle zapominamy, jak istotną część Lublina stanowiła dzielnica żydowska. To było wręcz drugie miasto, ze specyficznym sposobem zagospodarowania, zwyczajami i przede wszystkim z ludźmi […]. Należy podkreślić, że nie chodzi tu wyłącznie o pamięć w sensie informowania o tragedii, która tu się wydarzyła, ale także o stan naszej „pamięci własnej”, która dzisiaj w tej części przestrzeni miasta zieje pustką.[4]

Kamienica przy ulicy Grodzkiej 5 stanowi jedno z tych miejsc, w których do dziś pozostały ślady dawnych mieszkańców. Nie oznacza to jednak, że mamy łatwy dostęp do wiedzy o ich obyczajowości, historii, stylach życia lub że potrafimy odpowiedzieć w zadowalający sposób na pytanie, jaki sposób ich upamiętnienia byłby najbardziej odpowiedni. Archiwalna kwerenda mająca na celu szczegółową rekonstrukcję historii budynku nieuchronnie skonfrontowałaby nas z bezmiarem tego, co utracone, do czego nie mamy już dostępu bądź rozpoznać możemy jedynie na podstawie fragmentów i szczątek. W tego rodzaju badaniach skazani jesteśmy na ogół na zbiór przypadkowych i niekompletnych dokumentów – kart realności, urzędniczych not i korespondencji, notek prasowych, ogłoszeń

Ich kapryśna natura odsłania przed nami garść na pozór nieistotnych i trudnych do powiązania szczegółów. Współczesny czytelnik nie zawsze czuje się usatysfakcjonowany lekturą urzędniczych notatek, spisów, dokumentów, ksiąg rachunkowych. Wydają się lakoniczne, oderwane od zmiennej, ruchliwej materii życia, przede wszystkim zaś suche, pozbawione emocji.

Tymczasem te na pozór obojętne spisy okazują się nie tylko znakomitym źródłem historii kultury i historii życia codziennego – są to również czułe sejsmografy społecznych zmian i historycznych wstrząsów, o czym przekonuje Karel Schlögel swoją wnikliwą lekturą berlińskich ksiąg adresowych z lat trzydziestych XX wieku. Niemiecki badacz pisał o nich, że są czymś znacznie ważniejszym niż środki pomocnicze nauk historycznych: stanowią „obraz ludzkich krajobrazów”. Książki adresowe, jak pisze Schlögel, „tworzą odrębny rodzaj dokumentacji, w której miejsca, miasta i grupy społeczne porządkują wiedzę o sobie samych”[5]. Z berlińskich ksiąg adresowych możemy wyczytać historię rozkwitu i bogactwa miasta, przejawiającą się w nieskończonej różnorodności rzemiosł, fachowców, towarzystw, instytucji. Możemy w nich jednak znaleźć również zapowiedź nadchodzącej katastrofy. Żydowska książka adresowa dla Wielkiego Berlina wydana w 1931 roku wskazuje na rosnące wśród tej grupy obawy: z jednej strony publikacja miała być sposobem na „wzmocnienie ducha solidarności żydowskiej”, z drugiej jednak wiele osób nie chciało się w niej znaleźć, być może przeczuwając, że tego rodzaju dokument zostanie wykorzystany przeciwko tej społeczności. Podwójna rola ksiąg adresowych – stanowiących zarazem mapy miejskich mikrokosmosów i narzędzie w rękach władz ułatwiające kontrolę nad dyskryminowaną grupą – jest nieusuwalna. W berlińskich księgach adresowych znajdziemy odzwierciedlenie przemian, jakie zachodzą w społeczeństwie po dojściu do władzy NSDAP, później zaś wyczytać z nich możemy krajobraz pobojowiska, na którym powoli – pomiędzy licznymi punktami pomocy ofiarom, przytułkami, centrami informacji – odradzają się zalążki „normalnego” miejskiego życia.

Historyczna katastrofa zmienia dokumentom, takim jak mapy, plany miasta, rozkłady jazdy, księgi adresowe, status pomocniczych źródeł badań historycznych, każąc im pełnić rolę „protokołów cywilizacji”, które dają – czasem jako jedyne – wgląd w zawikłaną i złożoną historię życia społecznego z jego dynamiką, trwałością jednych fenomenów i zmiennością innych. Jeżeli chcemy się dowiedzieć, „jak żyli ludzie”, musimy nauczyć się nowej lektury tych dokumentów – w ich uwikłaniu w sieć różnorodnych praktyk. Powinniśmy w nich widzieć nie bezosobowe źródła, ale przedmioty używane przez konkretnych ludzi w konkretnych miejscach w konkretnym czasie.

W tym kontekście nowego znaczenia nabiera urzędowa korespondencja między właścicielami kamienicy i lubelskim Wydziałem Budownictwa oraz lakoniczne sprawozdania kontrolerów na temat stanu budynku. Inaczej funkcjonują też spisy ludności – złowrogi sens tych działań, które zawsze są rodzajem sprawowania władzy i kontroli nad społeczeństwem, odsłania się w pełni w czasie okupacji, kiedy karty realności (podobnie jak księgi adresowe) stały się narzędziem ułatwiającym tworzenie list ludności żydowskiej.

Nadmiar pamięci

Znajdujemy się w sytuacji paradoksalnej. Odzyskiwanie pamięci o miejscach stanowi zadanie żmudne, wymagające archeologicznej cierpliwości – to projekt, w który z definicji wpisana jest klęska, ponieważ przedmiot naszych poszukiwań ulega nieustannej atrofii. Jednocześnie jednak żyjemy w czasach hipertrofii pamięci – ta kategoria organizuje zbiorową wyobraźnię, naukowe dyskursy, artystyczne realizacje. Fenomen określany mianem memory boomwyrasta z pobudek etycznych i egocentrycznych zarazem. Z jednej strony u jego podłoża znajduje się intencja przywrócenia pamięci (o) tych, którym głos i prawo do biograficznej narracji odebrała historia, na co wskazywał między innymi Paul Ricœur. Z drugiej możemy w przywołanym zjawisku widzieć to, co Andreas Huyssen opisuje jako:

reaction of mortal bodies that want to hold on to their temporality, against a media world soinning a cocoon of timeless claustrophobia and nightmarish phantasm and simulation.”[6]

We wszystkie projekty przywracania/odzyskiwania pamięci wpisana jest ta ambiwalencja: rozdarcie pomiędzy próbą zadośćuczynienia „tym, którzy nas poprzedzali w tym, czym jesteśmy”[7], o której pisał Ricœur, a dążeniem do nadania sensu własnej biograficznej narracji, wpisania ją w większą całość, nadania jej pozorów trwałości; „upamiętnienia siebie” poprzez przywracanie pamięci (o) innych. Obsesja współczesnej kultury na punkcie pamięci prowadzi do kolejnych aktów przemocy wobec tych, których pamięć chciałoby się ocalić – pisał na ten temat czeski pisarz Jáchym Topol w swojej ostatniej powieści Warsztat diabła.

Ricœur wskazywał: „pośród tych wszystkich innych, wobec których jesteśmy zadłużeni, pierwszeństwo, ze względów moralnych, przyznajemy ofierze […]. Ofiara, o którą tu chodzi, to ofiara-inny, ktoś inny niż my”[8]. Filozof zwracał uwagę na egocentryczną skłonność do przyjmowania roli ofiary. Wyzwaniem jest przyznać miejsce ofiary Innemu. Oznacza to nie tylko dostrzeżenie ofiary w innym, ale też powstrzymanie się przed przechwyceniem bądź zawłaszczaniem jego opowieści i włączeniem jej we własną martyrologiczną narrację. Chodzi o uznanie istnienia przestrzeni i doświadczeń nieprzekładalnych i niemożliwych do podzielenia. Jest to także wyzwanie, aby respektować tę niezbywalną różnicę, która konstytuuje Innego.

Myśl Ricœura nabiera szczególnego znaczenia w kontekście rozważań nad sposobami upamiętnienia śladów Żydowskiego Miasta w Lublinie. Działania związane z przywracaniem pamięci o żydowskim dziedzictwie w Lublinie współtworzą obraz tego miasta, jako miejsca spotkań kultur, narodów i religii. Podkreślanie znaczenia dialogu, przepływu, wymiany wydaje się niezwykle ważne i ma swoje głębokie uzasadnienie etyczne. Warto jednak na marginesie zadawać pytanie o to, w jaki sposób zachować odrębność tej pamięci. Miasto Żydowskie było wszak osobną przestrzenią – językowo, proksemicznie, kulturowo. Jest wyzwaniem dokonywać rekonstrukcji w taki sposób, żeby uwzględniała ona własnojęzyczną narrację miejsca i aby jego odrębność nie została wchłonięta przez hegemoniczny dyskurs pamięci.

Pamięć instytucji

Kamienica może stać się przedmiotem badawczego zainteresowania ze względu na zbieg historycznych okoliczności – jako sceneria wydarzeń zmieniających bieg dziejów lub adres zamieszkania ważnej osobistości. Takim miejscem jest opisany przez Karela Schlögela „Dom Rządowy” w Moskwie, rezydencja w której w latach trzydziestych XX wieku zamieszkiwali prominentni funkcjonariusze nowego państwa. „Dzieje mieszkających tam ludzi splatają się z historią Związku Radzieckiego poddanego procesowi modernizacji: opowiadają o awansie ze wsi do miasta, o gospodarce planowej i polityce, o fantastycznych karierach, o niewyobrażalnych upadkach i załamaniach”[9].

Kamienica przy ulicy Grodzkiej 5 stanowić może wstęp do badań nad nienapisaną dotąd historią polskich instytucji kultury. Zbadanie ich nie poprzez pryzmat statutów, rozporządzeń, katalogów, ale w ich lokalnym kontekście jako konkretnych miejsc – biur, pokoi, siedzib – z ich proksemiką, wystrojem wnętrz, zespołem pracowników i gości, z niepisanym kodeksem może stworzyć rozdział artystycznego „życia towarzyskiego i uczuciowego” powojennej Polski. Takich portretów doczekały się dotąd nieliczne tylko instytucje – redakcja „Przekroju” za czasów Mariana Eilego, w kontekście kultury emigracyjnej zaś Maison Laffitte Giedroycia. Rekonstrukcja dziejów rozproszonych instytucji i centrów kultury zarówno stanowiłaby istotne uzupełnienie zarówno historii lokalnych, jak i pozwoliła na nowo zmapować historię kultury współczesnej Polski.

To spojrzenie pozwoliłoby również zweryfikować mocno ustabilizowane podziały przestrzenne. Badanie wielości ról, jakie spełniać może w tym samym czasie jeden budynek, powoduje rozszczelnienie definicji sfery prywatnej i publicznej. Lokale usługowe i siedziby instytucji życia społecznego są raczej przestrzeniami mediującymi pomiędzy tymi sferami. Funkcjonują jako przestrzeń publiczna, oficjalna, ale dążą często do odtworzenia „domowego”, prywatnego porządku.

W tym kierunku zmierzają działania artystów tworzących projekt „Grodzka 5”, którego celem jest zmapowanie na nowo historii kamienicy, której „intensywne życie kulturalne […], [w którym] pojawiały się słynne postaci teatru alternatywnego i klasycy awangardy sztuk wizualnych, nie jest dostatecznie docenione i zbadane, a przecież zostawiło swoje ślady w samej substancji budynku, nie mówiąc już o kształcie życia artystycznego w Lublinie”[10]

Tak zarysowany projekt zachęca do połączenia praktyk animacji kultury, warsztatu badacza historii mówionej i narzędzi artystycznych. Uruchomienie różnych perspektyw umożliwi najpełniejszą rekonstrukcję wielowymiarowej i wielogłosowej historii kamienicy przy Grodzkiej 5.

Pamięć miejsc

Obok źródeł takich jak historia mówiona i osobiste świadectwa w postaci dzienników, listów, pamiętników, a także urzędniczych dokumentów, coraz większą rolę odgrywa refleksja nad tym wymiarem pamięci, który jest mniej oczywisty i którego interpretacja budzić może największe wątpliwości: pamięcią, która „zapisuje” się na powierzchni miejsc – w ich estetyce, sposobach ich używaniach, praktykach z nimi związanych, ich rolach na lokalnych mapach. Kamienica przy Grodzkiej zmienia swoje funkcje: wraz z kolejnymi zakładami usługowymi (a potem instytucjami) zmieniają się odwiedzający ją goście, zmienia się jej standard – popada w ruinę bądź przeżywa swój rozkwit. Nawet jej miejsce pomiędzy innymi kamienicami na tej ulicy widzieć powinniśmy jako dynamiczną relację. Pozostając statycznym punktem na mapie Lublina, wraz całą ulicą i dzielnicą przeżywa zmiany statusu i symbolicznego usytuowania – raz bardziej centralnego raz peryferyjnego. Inna jest jej rola na planie Żydowskiego Miasta, inna w granicach getta, inna na współczesnej Starówce. Te funkcje stale się zmieniają, a historia Grodzkiej 5, wciąż dopisywana przez kolejnych użytkowników, rozwija się wraz z rytmem przemian nowoczesnego Lublina. Jak pisał Karl Schlögel: „miejsca to niezawodni świadkowie. […] Mają swoje własne życie. Mają, by tak rzec, prawo weta. […] Na owych powierzchniach widać jeszcze ślady pozostawione przez pokolenia, które dawno już zgasły” [11].


[1] Karl Schlögel, Domy, rzuty poziome: „Hotel Lux”, „Dom nad rzeką Moskwą” i inne, [w:] tegoż, W przestrzeni czas czytamy. O historii, cywilizacji i geopolityce, przeł. Izabela Drozdowska, Łukasz Musiał, Poznań 2009, s. 310.

[2] Dokumenty związane z historią budynku przy Grodzkiej 5 dostępne są na stronie internetowej http://teatrnn.pl/leksykon/node/4026/grodzka_5_w_lublinie (dostęp 5.03.2014).

[3] Josef Achtman, Żydowski Lublin, „Scriptores” 2003, nr 1, s. 77.

[4] Marek Stasiak, Krajobraz [nie]widzialny, Rozm. przepr. Marcin Skrzypek, „Scriptores” 2005, s. 85.

[5] Karl Schlögel, Berlińskie książki adresowe, [w:] tegoż, W przestrzeni czas czytamy…, s. 325.

[6] Andreas Huyssen, Twilight memories. Marking time in a culture of amnesia, New York, London 1995, s. 9.

[7] Paul Ricœur, Pamięć, historia, zapomnienie, przeł. Janusz Margański, Kraków 2006, s. 118.

[8] Tamże.

[9] Karl Schlögel, Domy, rzuty poziome…, s. 314.

[10] Magdalena Ujma, Grodzka 5. Idea, https://www.warsztatykultury.pl/warsztatykultury-projekty/grodzka-5/idea/, (dostęp 5.03.2014).

[11] Karl Schlögel, Biografia, Curriculm vitae, [w:] tegoż, W przestrzeni czas czytamy…, s. 367.